PORTUGALIA cz. 1
ALGARVE
Vilamoura | Faro | Tavira | Sagres
Przylądek św. Wincentego

Nasza portugalska podróż skończyła się ponad miesiąc temu. Od powrotu do domu zastanawiałam się czy warto zrobić post, który właśnie czytacie. Sporo czasu zajęło mi podjęcie decyzji czy wy, drodzy czytelnicy będziecie mieć ochotę obejrzeć kilka kadrów z naszej wyprawy. Właściwie ciągle nie wiem, ale tworząc tego posta mam dużą nadzieję, że chętnie razem ze mną powspominacie dobre chwile. Być może ktoś z Was wybiera się lub rozważa podróż w tamte okolice i przyda mu się mały foto przewodnik, który pozwoli Wam zdecydować czy warto jechać. Zapewniam Was warto.

W Portugalii byliśmy nieco ponad dwa tygodnie. Pierwsze dni spędziliśmy w regionie Algrave. Za miejsce wypadowe służyła nam urokliwa Vilamoura. Miejscowość przygotowana pod dużą ilość turystów, z ogromną ilością hoteli i domków letniskowych. Bardzo przyjemna, czysta i zadbana. Nie bójcie się, w maju było tam niezwykle pusto i podejrzewam, że w sezonie znajdzie się miejsce dla każdego. Vilamoura i jej okolice urzekły nas przepięknymi szerokimi plażami, spienionym ocean, szumem fal i spokojem. Idealne rozpoczęcia upragnionego urlopu. Kilku godzinny spacer plażą odhaczyliśmy już drugiego dnia pobytu. Tego mi było trzeba. Swoją drogą polecam każdemu.  


Nie można ciągle leniuchować. My zdecydowanie należymy do grona osób lubiących odpoczywać aktywnie. Jeżeli jesteśmy już w konkretnym miejscu to chcemy je poznać. Poczuć się jak jego mieszkańcy. Poznać miasto, przechadzając się uliczkami bez mapy. Zgubić się, by odnaleźć coś wyjątkowego. W regionie Algrave postanowiliśmy odwiedzić kilka miast. Pierwsze na myśl przyszło nam Faro. Jedno z większych miast w okolicy (tam lądowaliśmy). Jak się pewnie domyślacie, postanowiliśmy po prostu pospacerować. Już po kilku chwilach wiedzieliśmy gdzie jest dworzec kolejowy i port. Co do samego miasta, mam mieszane uczucia. Wiem, że na zdjęciach prezentuje się nienagannie, ale sporo tam chaosu i bałaganu. Zupełnie inne od tego co mieliśmy na co dzień w Vilamourze. Nie można odmówić Faro uroku. Widok kwitnących na fioletowo drzew, które można było spotkać na każdym kroku i malownicze uliczki w centrum były zachwycające.


O ile Faro było wyborem spontanicznym, to o odwiedzeniu Taviry myślałam od samego początku. Planowaliśmy zatrzymać się tam na noc lub dwie, ale zbyt późno zabrałam się za poszukiwanie noclegu i ciężko było znaleźć coś sensowego w przystępnej cenie. Będąc tak blisko, zaledwie 50 km, nie mogłam odpuścić. Tavira kojarzyła mi się z typowymi portugalskimi kamienicami zdobionymi kafelkami, wąskimi uliczkami i małymi klimatycznymi knajpkami. Nie zawiodłam się. Tavira skradła moje serce niemal natychmiast. Urzekła mnie nie tylko architekturą i malowniczymi widokami. Czułam się tam jak w domu dzięki niezwykłej atmosferze panującej w tym mieście. Tego nie da się opisać to trzeba poczuć. 


Kolejnym przystankiem naszej podróży było Sagres. Niewielka miejscowość najbardziej wysunięta na południowy zachód Portugalii. Tym razem zatrzymaliśmy się na obrzeżach w małym rodzinnym pensjonacie. Ciesze się, że wybrałam takie miejsce noclegowe, zamiast typowego hotelu. Zapytacie dlaczego. Odpowiednio odzwierciedlało klimat Sagres. Mała miejscowość z rodzinną atmosferą. Odnosiłam wrażenie, że wszyscy się tam dobrze znają, a turystę rozpoznaje się z daleka. W czasie naszego pobytu w Sagres mocno wiało. Co prawda wiedzieliśmy, że tutaj to norma, stąd tylu surferów w okolicy, ale wiatr wiał z prędkością 30-40 km/h podczas całego naszego pobytu. Nie powstrzymało nas to od cieszenia się pięknem okolicy. Mieliśmy okazję odwiedzić kilka plaż. Najbardziej spodobała nam się Praia do Beliche, zjawiskowa. Odpoczywaliśmy na niej w drodze na koniec świata...  


Nie będę ukrywać, że głównym powodem naszego pobytu w Sagres był Przylądek św. Wincentego uważany niegdyś za koniec świata. Chcieliśmy zobaczyć to miejsce na własne oczy. Jak to w naszym przypadku zwykle bywa zdecydowaliśmy się na pieszą wędrówkę. Z miejsca w którym się zatrzymaliśmy na Cabo de São Vicente było 6-7 km w jedną stronę. Lubimy spacerować i nie zniechęcała nas ta odległość. Jak się po czasie okazało nie zdawaliśmy sobie sprawy z trudu jaki trzeba będzie włożyć, aby dotrzeć do celu. Wspominałam Wam coś o wietrze? 30-40 km/h to pikuś, porywy wiatru podczas naszej wędrówki miały 60-80 km/h. Bałam się i ani na chwilę nie chciałam puścić ręki mojego mężczyzny. Mimo przeszkód dotarliśmy i nas oniemiało. Strachowi ustąpił zachwyt i podziw. Wzburzony ocean był przerażający i zachwycający jednocześnie. Stojąc na końcu świata zdaliśmy sobie sprawę z tego że wszystko jest możliwe. Vasco da Gama nie wiedział czy jest tam coś poza wodą. Podjął ryzyko wypływając na wzburzone wody Atlantyku drewnianymi okrętami i zapisał się w historii świata jako odkrywca. Będąc w okolicy Sagres nie zapomnijcie stanąć na Cabo de São Vicente, nie tylko po to aby zrobić zdjęcie, ale po to aby znaleźć czas na refleksję.   

Tym akcentem pozwolę sobie zakończyć pierwszą część relacji naszej wyprawy po Portugalii. Następny przystanek Lisbona, a kolejny Porto. Jestem ciekawa czy macie ochotę na więcej. Dajcie znać. Dobrego weekendu! 


Zdjęcia:  1 - 3  Vilamoura i okolice  |  4 - 9  Faro  |  10 - 17  Tavira  |  
|  18 - 22  Sagres & Praia do Beliche  |
 23 - 26  Cabo de São Vicente

Zdjęcia: Kellys Vision & Kalina | Postprodukcja: Kalina

5 komentarzy:

  1. Portugalia jest zachwycająca, bardzo chciałabym odwiedzić Lizbone:)
    https://ladymademoiselle.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Portugalia jest warta odwiedzenia. Lizbona jest cudowna :)

      Usuń
  2. Cieszę się ogromnie na ten post! Cudownie było znowu wrócić do Portugalii :)

    Niesamowite kadry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że mogłam przywołać Wasze dobre wspomnienia :)

      Dziękuję i pozdrawiam!

      Usuń